Stetoskop. Wywiad z Agatą Kapler.
Wywiady

„Życzliwość wraca i popłaca, a zrzędy żyją krócej” – rozmowa z lekarką Agatą Kapler

Dzisiaj mam dla Was niespodziankę – wywiad z młodą lekarką Agatą Kapler. Czekałam na ten wywiad długo i jestem dumna, że ktoś z młodego pokolenia odważył się zabrać głos na łamach mojej strony. Dlaczego?

Bo trudno jest zabrać głos, gdy jest się w systemie. Dlatego, że w Polsce mamy państwową służbę zdrowia, od której, chcąc nie chcąc, każdy z nas jest nieco uzależniony. A ja mam ogromny szacunek do pracy lekarzy, ogromny szacunek do tego, co robią na codzień – ratują życia.

Polscy lekarze mają ciężkie warunki – niesprzyjający system, braki kadrowe, niedofinansowanie, a jednak są tu dla nas i próbują łatać to, co się tylko da.

Niektórzy wyjeżdżają. Niektórzy walczą i zostają.

Młode pokolenie też walczy. I moja rozmówczyni też walczy. Codziennie, często 7 dni w tygodniu. Pomimo młodego wieku Agata widziała już niemal wszystko, dlatego zdecydowałam zapytać ją o zdanie na kilka nurtujących mnie tematów. W dodatku moja rozmówczyni ma nie do końca „politycznie poprawną” perspektywę, ale za to bardzo szeroką. Przeczytajcie koniecznie! To głos młodego pokolenia!

 

Susie: Cześć, Agato. Zapowiedziałam już na fanpejdżu co nieco o tym wywiadzie, ale opowiedz proszę, czym zajmujesz się w życiu zawodowym.

 

Agata Kapler: Jestem rezydentem Chirurgii Ogólnej, a w wolnych chwilach, o ile można to tak ująć, lekarzem dyżurnym SOR. Czyli – na co dzień pracuję i dyżuruję na oddziale chirurgicznym, czyli szkolę się w kierunku specjalizacji z chirurgii i endoskopii, a w weekend stoję na pierwszej linii kontaktu z pacjentem w stanie nagłym.

 

Z tego, co mówisz, masz bardzo intensywne tygodnie. Większość ludzi by nie podołała takim obowiązkom. Dlaczego więc zostałaś lekarzem?

 

Nazwijmy to marzeniem z dzieciństwa. Jako paroletnie dziecko byłam hospitalizowana, były to czasy, gdzie rodzice mogli przesiadywać ciągle z dziećmi, nie leżeli z nimi w szpitalu przez całą dobę…I nie było w tym nic złego, ale był też super sympatyczny personel, który robi dobrą robotę zapewniał miła atmosferę. Wychodząc ze szpitala zaanonsowałam mamie, że też będę lekarzem. Minęło wiele czasu, a ja mimo wszystko mam przebłyski wspomnień z tamtego czasu. A potem bardzo wiele czasu spędzałam z bratem swojego ojca, który był lekarzem na Mazurach. Zawsze dużo opowiadał o swojej pracy, co mnie fascynowało. Co wakacje widziałam, jak pomaga innym, jak sprawnie potrafił zeszyć rozbitą głowę żeglarzom i znał odpowiedź na wszystko. To tylko utwierdziło mnie w tym, że chcę być taka, jak on.

 

Zrealizowałaś jedno z najpopularniejszych marzeń dziecięcych! Nie zliczę znajomych, którzy chcieli być lekarzami, weterynarzami, czy archeologami. Tobie udało się po 6 latach studiów i po wielu przeciwnościach losu zostać lekarzem. W takim razie, jak już nim jesteś, to czy lubisz swoją pracę? Do łatwych ta praca nie należy. 

 

Jasne. Nie wyobrażam sobie robić niczego innego. A praca łatwa nie jest z dwóch powodów. Po pierwsze – wybierając ten zawód z góry godzisz się na szybkie tempo życia, adrenalinę, stres, podejmowanie decyzji pod presją i zarwane noce…a taki urok jest urok tej pracy. I tyle. Utrudnia natomiast po pierwsze – kulejący system, a po drugie –  niestety, bardzo przykre – moda na nagonkę na lekarzy. Bo nie oszukujmy się –  tak jest.

 

Trochę tak. A lekarz to nie pierwsza lepsza osoba po kursie, ale osoba po długich, angażujących studiach, tysiącach wyrzeczeń, rezydenturze…

 

Nie usprawiedliwiam i nigdy nie będę usprawiedliwiać swojego środowiska, bo każdy zawód ma swoje czarne owce. Ale niestety jeśli na dzień dobry z założenia ktoś zaczyna krzyczeć, że: „natychmiast, obsłużcie mnie, bo mi się należy”, mimo że my w tym momencie zaopatrujemy poparzone dziecko, a krzyczący chodził z bólem brzucha od 3 tygodni..to jak się zachować? Pacjent od razu się odgraża, że będzie zaraz nagrywać nasze rozmowy i pisać skargi, bo musi poczekać (jak każdy), co dalej, z resztą, kończy się często wezwaniem patrolu policji. Po takiej sytuacji trudno jest chodzić uśmiechniętym i wyluzowanym. My też jesteśmy tylko ludźmi.

 

Wygląda to na bardzo stresującą sytuację dla personelu szpitalnego. Wiemy doskonale, że system nie jest najsprawniejszy, a co ty możesz powiedzieć o kondycji dzisiejszej ochrony zdrowia jako czynny uczestnik wydarzeń?

 

Zuza, jest fatalnie i będzie jeszcze gorzej. Braki kadrowe są tragicznie odczuwalne, zwłaszcza w szpitalach powiatowych, a wykwalifikowany personel ucieka za granicę, bo ma dość.

Brakuje pielęgniarek, ratowników, brakuje lekarzy. Brakuje sprzętu.

Zamykane są oddziały szpitalne, a wszystkie niedogodności są zamiatane pod dywan i przemilczane. Służba zdrowia jest koszmarnie niedofinansowana, co odbija się na pacjentach.

 

Przecież to o pacjentów chodzi w tym wszystkim!

 

To jest skandal, kiedy pacjentkę na cito (na już, na wczoraj) chce się skierować na przykład na USG piersi z powodu guzka, a ona wraca z terminem za pół roku. A to, co robi rząd, to pudrowanie trupa. Ale o tym wiele i głośno mówi OZZL oraz Porozumienie Rezydentów. Zachęcam do zapoznania się z tym, o co walczymy już od…można powiedzieć od paru lat.

 

Wspieram rezydentów od samego początku, uważam, że młodzi mają moc zmienienia systemu. To świetnie, że działacie, oby tak dalej.

Zboczę troczę tematu – też mam przyjemność współpracować z pacjentami jako dietetyczka. Dietetycy pracują w polskich szpitalach i pomagają (często w teorii) w organizowaniu żywienia. U nas też nie jest kolorowo, jeśli chodzi o warunki pracy i respektowanie naszych wytycznych. Co myślisz o naszej obecności w szpitalu?

 

Jest obowiązkowa. Dobry dietetyk to złoto. Nie tylko na chirurgii, gdzie leczenie żywieniowe jest prowadzone i jest bardzo ważne, ale na każdym oddziale. Jeszcze tylko, żeby pacjenci chcieli z takim dietetykiem dobrze współpracować i faktycznie trzymać dietę to by była utopia. Bo z tym jest najciężej. Co nie zmienia faktu, ze ułożenie diety w szpitalu i później do domu jest bardzo, bardzo ważne i niestety bardzo zaniedbane. W dobie plagi, między innymi, cukrzycy, raka jelita grubego, fikcyjnych dietetyków i pseudo guru żywieniowo-lifestylowych jest bardo ważnym profilaktyka żywieniowa i świadomość żywieniowa.

 

Czyli jesteśmy potrzebni?

 

Tak. Jeśli pacjent jest dobrze żywiony, to jego rany będą się goiły lepiej, a proces rekonwalescencji będzie szybszy i lepszy. Ale nasze legendarne realia żywienia szpitalnego są daleko od marzeń. Z mojej strony uważam, że konsultacja dietetyka powinna odbywać się zawsze podczas leczenia.

 

Jak wygląda stan odżywienia pacjentów w polskich szpitalach, skoro mówisz o „legendarnych realiach”?

 

Jest tragicznie niewystarczający i to jest wstyd, co pacjenci dostają do jedzenia. Ale szpitale podają pacjentom to, na co mają pieniądze. Tylko…nie ma szans na dobre leczenie się na takiej diecie. I nie przekonuje mnie tłumaczenie pana ministra zdrowia, że zacieśnia to więź z rodziną, która może donosić jedzenie (sic!).

A musisz wiedzieć, że rodzina to jedzenie często donosi. I to też bywa problemem! W tym całym dnie próbujemy dawać pacjentowi dietę dostosowaną do stanu, a tu okazuje się, że pacjent, który powinien być na diecie kleikowej dostał od rodziny schabowego i czekoladki. Jasne, że z dobrych chęci. Ale to takie błędne koło.

 

Można to interpretować w dwie strony – kobiety po porodzie nie otrzymują wystarczającej ilości jedzenia i to, że rodzina doniesie jedzenie, to dla nich wybawienie, a osoby chore, na przykład, na serce – dostają tłuste mięso i słodycze. To wszystko jest takie…niejednoznaczne i wymaga korekty. Ale wróćmy do konkretów – czy zalecasz swoich pacjentom wizytę u dietetyka? Pracowałaś jako lekarz pierwszego kontaktu, widziałaś wiele rzeczy.

 

Owszem, jeśli tego wymagają. Tylko, niestety, spora część pacjentów obraża się, uważając to za afront czy złośliwość. I jeszcze raz to podkreślę – konsultacja dietetyka to jedno, ale najważniejsza jest współpraca pacjenta i jego motywacja. Bo ani lekarze, ani dietetycy to nie cudotwórcy. Trzeba chcieć samemu przeprowadzić zmiany. Oszczędzi to późniejszego płaczu pod tytułem „dlaczego chcecie mi uciąć nogę?”.

 

Wyjaśnijmy czytelnikom ten fragment o nodze. Chodzi o powikłania cukrzycy typu II?

 

Tak zwana stopa cukrzycowa to ni mniej ni więcej, jak zaniedbana cukrzyca, ignorowana dieta i zalecenia lekarza. Same tabletki, czy zastrzyki z insuliny to za mało.  W procesie leczenia jesteśmy zespołem – lekarz, dietetyk, pacjent. Jeśli nie ma tu działania zespołowego, to nie ma efektu.

 

Jak widać, nie tylko relacja system – lekarz, ale lekarz – pacjent jest do zmiany. Mówiąc o zmianach…czy jest coś, co byś zmieniła w dzisiejszej służbie zdrowia?

 

Jest nad czym pracować.

 

Ok, ustaliłyśmy, że system kuleje. Jak w takim razie jak pacjenci radzą sobie z respektowaniem zaleceń lekarzy?

 

Rożnie. To zależy od człowieka. Są tacy, którzy przestrzegają zaleceń i nie można złego słowa o nich powiedzieć. Pamiętam pacjentkę 80-kilku letnia, z cukrzycą utrzymywaną tylko dietą, która pytała, czy popołudniu może wychodzić do parku przyszpitalnego, ponieważ codziennie chce poświęcić kilkanaście minut na spacer dla zdrowia. Pacjentka, która była w lepszej formie, niż nie jeden 50-latek. Ta kobieta bała o siebie. Coś pięknego! Ale, niestety, często tak jak jest z profilaktyką, tak jest z przestrzeganiem zaleceń. Czyli – słabiutko. Jeśli chodzi o farmakoterapię, to większość pacjentów jej przestrzega. Natomiast w kwestii diety, nikotynizmu, zbyt dużego spożycia alkoholu, wysiłku fizycznego i tak dalej – nasze społeczeństwo nie ma się czym pochwalić. A czasem widać to na oddziale – leży pacjent z obrzękami kończyn dolnych, owrzodzeniem i niewydolnością żylną. Wystarczyłoby, gdyby posłuchał naszych zaleceń; prosimy go, aby trzymał chorą nogę na łóżku, zamiast siedzieć z nogami zwieszonymi z łóżka.  Dzięki temu jego owrzodzenia mogłyby lepiej się goić. A później ile razy byśmy nie przechodzili obok sali, to widzimy, jak pacjent siedzi z nogami w dół. I komu robi na złość..? Sobie, niestety.

 

Czuje się ten brak respektu i brak współpracy. To są pewnie rzeczy, których nie lubisz – ignorowanie. A co najbardziej lubisz w kontakcie z pacjentami?

 

Może dziwnie to zabrzmi, ale właśnie kontakt z pacjentami lubię w tym wszystkim najbardziej. Każdy jest innym, każdy człowiek wnosi i pokazuje coś innego. Mam świadomość, że sporo moich słów mogło być przesiąknięte żalem do realiów. Pomimo tego nic tak nie cieszy jak dobra współpraca z pacjentem. Wówczas widzi się w tym wszystkim sens i nie traci zapału.

 

I na koniec – czy masz jako lekarz jakieś rady, jak żyć, aby zachować zdrowie do późnego wieku?

 

To też jest loteria genetyczna, co jest komu pisane, ale jest kilka podstawowych podpowiedzi. Przede wszystkim – pokochać siebie i swoje ciało. Nie w narcystyczny sposób usprawiedliwiając, dajmy na to, swoją nadwagę, bo „mam grube kości”. To jest brak szacunku do swojego ciała i zdrowia.

Takie stare, oklepane powiedzenie było – „w zdrowym ciele, zdrowy duch”.

 

Czyli co?

 

Racjonalna dieta – nie fanatyczne podążanie za żywieniowymi trendami, doprowadzanie się do granic ortoreksji czy stosowanie źle dobranej diety (bo moda, bo zły gluten). Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba mieć umiar i wystarczy pomyśleć.

Wysiłek fizyczny! Też nie do granicy zażynania się, ale świadomy ruch, rozciąganie się. Jak mówi jedna z fantastycznych trenerek – ciało jest cudem.

Znajdowanie chwili dla siebie – czas na relaks.

A do tego profilaktyka, badania, nie ignorowanie alarmujących objawów.

I uśmiech. Jak najwięcej uśmiechu dla siebie, dla innych. Życzliwość wraca i popłaca, a zrzędy żyją krócej.

Równowaga we wszystkim i zdrowy rozsądek to chyba jedyna podstawa.

 

Dziękuję ci za wywiad!

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.